sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział 1-Koszykówka to nauka kochania bólu

Nazywam się Eveline. Mam 15 lat i mieszkam w Sierocińcu pod wezwaniem Świętej Marii Magdaleny gdzieś w Nowym Jorku. Nie podam dokładnego adresu, bo nikt nie szuka tego miejsca a jeśli nawet myśli, że szuka to trwa w wielkim błędzie. Jestem wysoką nastolatką o długich, kręconych włosach w odcieniu miodowo-złotym. Mam zielone oczy i bardzo jasną cerę. Mimo sporego wzrostu jestem drobna a moje rysy twarzy są bardzo delikatne. W niczym nie przypominam tutejszych dzieciaków, których wygląd odstrasza lalki (tak nazywamy bogate bachory). Wszyscy w sierocińcu uważają, że mam dobre geny a moi rodzice byli porządnymi ludźmi. Ja jednak myślę, że moja matka była zwykłą dzi... to znaczy prostytutką a ojciec ćpunem, bo kto inny skazałby dziecko na takie życie?
Właśnie wracaliśmy z boiska. Gdy przekroczyliśmy bramę domu dziecka każdy na nas patrzył. Nic w tym dziwnego  w końcu byliśmy kimś w rodzaju gwiazd. Tak, "Czerwone wilki'' z pewnością można było nazwać gwiazdami. Ubrana byłam w zwykłą, niebieską flanelową koszulę, dżinsy i czarne trampki nic szczególnego, nie wiem dlaczego większość spojrzeń kierowana była do mnie. W prawdzie jestem dziewczyną Jacob'a-lidera grupy, ale czy to oznacza, że każdy ma się na mnie patrzeć? Wyjaśnienie czekało na mnie u szczytu schodów. Pani dyrektor patrzyła na mnie ostrym wzrokiem, jednak z delikatnym uśmiechem błąkającym się po ustach jakby wiedziała coś czego ja nie wiem lub...
-Pamiętaj:masz miesiąc, inaczej spadasz.-szepnął mój chłopak przyciągając mnie do siebie i pomimo obecności nauczycielki namiętnie acz szybko całując. W odpowiedzi uśmiechnełam się szeroko i pobiegłam do opiekunki.
-Eveline mamy gościa. Czeka on wraz z Isabelle w moim gabinecie.-powiedziała spokojnie
-Co ta żmija tam robi?-syknełam a moje oczy stały się wężowymi szparkami.
-Pan Aldrich szuka córki w waszym wieku.-rzekła kobieta puszczając mimo uszu moją obelgę pod adresem ,,koleżanki". W odpowiedzi zaśmałam się cicho z nazwiska naszego gościa, bowiem brzmiało ono identycznie jak nazwisko Cole'a Aldrich'a- jednego z koszykarzy NBA.
Gdy dotarłyśmy do gabinetu a pani dyrektor otworzyła przedemną drzwi stanełam jak skamieniała. Bokiem do mnie siedział Cole! Tak ten koszykarz spod numeru 45. Zamrugałam kilkakrotnie i przekroczyłam próg przywołując na twarz lekko [no dobra bardzo] cyniczny uśmiech.
Mężczyzna zauważył mnie a jego oczy powiększyły się dwukrotnie.
-Isabelle możesz nas na chwilę zostawić?-spytał cicho nadal nie odrywając odemnie wzroku. Ta potulnie wyszła nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Prychnełam cicho co wyrwało z letargu pana Aldrich'a.
-Jak masz na imię dziecko?-spytał
-Eveline i nie jestem dzieckiem, mam już 15 lat.-odpowiedziałam układając usta w podkówkę co musiało wyglądać dziecinnie.
-Dobrze Eveline możesz poczekać na korytarzu?-zadał kolejne pytanie a ja bez słowa wyszłam trzaskając lekko drzwiami.
Po około 15 minutach dyrekcja zaprosiła mnie do środka radośnie ogłaszając, że mam nowego tatę. Uśmiechnełam się słodko i pobiegłam się spakować. Po kwadransie stałam już przed bramą i czekałam aż mój nowy opiekun znajdzie klucze do samochodu stojącego na parkingu. Już po chwili otworzył bagażnik i gestem ręki polecił mi schować do niego moją sportową torbę w której trzymałam całe moje piętnastoletnie życie.
Po kolejnych trzech kwadransach zajechaliśmy pod jeden z większych wieżowców w NY. Z trudem opanowałam zachwyt rosnący w mych oczach i upewniając się, że mam na twarzy maskę obojętności wyszłam z samochodu.
Cole wyjął moją torbę i ruszył w kierunku wejścia do budynku. Z ociąganiem ruszyłam za nim do windy. Mój nowy ,,tato" wcisnął guzik z numerem 100. Po chwili winda ruszyła a ja zachwiałam się niebezpiecznie i upadłabym gdybym w porę nie pochwyciła rączki. Po chwili byliśmy już pod mieszkaniem. Mężczyzna zdążył mi pokazać co gdzie jest i wytłumaczyć rozmieszczenie pomieszczeń w mieszkaniu. Przedstawiało się to mniej więcej tak:
Gdy wchodziło się do mieszkania znajdowało się w krótkim holu, który prowadził bezpośrednio do salonu. Tam za barem było wejście do kuchni a także do dwóch pokoi i łazienki. Cole wyjaśnił mi też, że przez jeden z pokoi (który pełnił rolę gabinetu) było przejście do jego sypialni, którą także zwiedziłam. Mój pokój był pierwszy z lewej strony.
Otworzyłam drzwi i weszłam do dużego pomieszczenia o fioletowych ścianach i dwóch dużych oknach przysłoniętych firankam. Po prawej stronie stało duże łóżko a zaraz obok niego drzwi do garderoby, która była po prostu dużą szafą w ścianie. Zdziwiło mnie, że ciuchy są w moim rozmiarze, bo niby jak? Przecież adoptowana zostałam 2 godziny temu! Postanowiłam zapytać o to później.
Na przeciwko łóżka było duże okno, które odpowiednio oświetlało pomieszczenie. Po lewej stronie znajdowało się drugie okno a zaraz obok dębowe biurko, biblioteczka z nowymi książkami i skórzany fotel. Rzuciłam torbę na łóżko i wyjrzałam przez okno. Był z niego widok na cały północny Manhattan skąpany teraz w blasku zachodzącego słońca.
Wyszłam z sypialni prosto do salonu a z niego skierowałam się do kuchni. Tam na krześle siedział Cole i czytał gazetę sportową. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
-Jak pokój?
-W porządku.-odpowiedziałam lakonicznie siadając na przeciw
-Wieczorem jest mecz, idziesz popatrzeć?-spytał przyglądając mi się uważnie. Chciałam odpowiedzieć, że niemam zamiaru nigdzie się z nim pokazywać, ale w porę ugryzłam się w język i odpowiedziałam twierdząco.
-To świetnie, o 19 bądź gotowa. A teraz muszę iść coś załatwić.-rzekł wybiegając z mieszkania. Miałam jeszcze dwie godziny, więc z uśmiechem rzuciłam się na kanapę w salonie i zasnełam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz