piątek, 22 sierpnia 2014

One shot-Pamiętniki wampirów część 1

*Wydarzenia opisane w ,,one shot'' mają miejsce w alternatywnej rzeczywistości, powiązane są jednak z sezonem 3 i 4 (nie wszystkie wydarzenia się pokrywają co oznacza inne zakończenie).*
        
Weszła do ,,Mistic grill'' i rozejrzała się wokół. Prócz niej w restauracji znajdowało się niewiele osób, cóż się dziwić w końcu nie było jeszcze ósmej. Szybkim krokiem podeszła do baru za którym stał młody chłopak. Ubrany był w niebieską flanelową koszulę i ciemne dżinsy. Brązowe, krótkie włosy utrzymane były w nieładzie a niebieskie oczy kursowały od dziewczyny do pozostałych gości. Bał się, że pomimo małego ruchu dojdzie do kolejnej awantury między Steve'm a Zack'iem.
-Cześć.-odezwał się wycierając kufel szmatką, którą przewieszoną miał przez ramię.-Szukasz kogoś?-dodał widząc że wzrok dziewczyny błądzi między klientami nie zatrzymując się dłużej na żadnym z nich.
-Wiesz może, gdzie w okolicy są jakieś hotele?-spytała patrząc na swojego rozmówcę
-Pokłóciłaś się z Rick'iem?-rzekł uważnie przyglądając się Elenie. Wyglądała dość niecodziennie: swoje długie, ciemne włosy zakręciła, ubrana była w białą, zwiewną sukienkę w czarne groszki a na szyi zamiast łańcuszka od Stefana wisiał duży, srebrny naszyjnik w kształcie serca.
-Nie.-odpowiedziała lakonicznie-Zrobisz mi drinka?-spytała robiąc słodkie oczka
-Jasne.-rzekł nalewając złotego płynu i podając go dziewczynie-Zaraz wróce. Muszę iść do toalety.-dodał opuszczając barek.
Wszedł do wyżej wymienionego pomieszczenia i upewnił się, że jest sam. Następnie puścił wodę w kranie i zadzwonił na numer domowy Salvatore'ów. Po dwóch sygnałach połączenie zostało odebrane.
-Halllllo?-usłyszał w słuchawce głos starszego z braci.
-Cześć Damon, mam do was sprawę.-rzekł bardzo oficjalnie
-Powiedziałbym, że miło Cię słyszeć ale skłamałbym a Elena próbująca mnie nawrócić byłaby niepocieszona.-odpowiedział z ironią wampir.
-Właśnie chodzi o Elenę. Siedzi w grillu i próbuje się upić.-powiedział Matt i nie czekając na odpowiedź dodał-Przyjedź.
Następnie rozłączył się i wyszedł z toalety.
Podchodząc do baru zauważył, że brunetka dorwała się do butelki z alkoholem i teraz sama robi sobie drinki. Próbował zabrać jej naczynie, lecz ta zeskoczyła z krzesła i wyciągając z kieszeni pieniądze powiedziała:
-Reszty nie trzeba.
Następnie wyszła z restauracji i na kogoś wpadła.
-Jak chodzisz ty...-zaczeła patrząc to na sprawcę wypadku to na rozlany trunek.
-Elena?-spytał Damon patrząc ze zdziwieniem na alkohol w dłoni nastolatki.
-Nie.-odpowiedziała lakonicznie
-Katrine?-spytał ponownie
-Nie.-znów padła odpowiedź-Jestem Mary.-dodała dziewczyna uśmiechając się delikatnie
-Damon.-odpowiedział wampir próbując ukryć zdziwienie-A teraz wsiadaj.-dodał otwierając drzwi samochodu, którym przyjechał
-Może się ze mną napijesz zamiast próbować wywieść mnie gdzieś?-spytała wampirzyca kierując się w stronę ,,grilla''. Chcąc nie chcąc starszy z braci Salvatore ruszył za nią.
 -Więc masz młodszego brata, który nazywa się Rozpruwaczem i jest sługusem Klaus'a a do tego obaj szalejecie za czwartym sobowtórem Amary.-powiedziała Mary po ośmiu a może dziewięciu szklankach Whiskey z lodem.
-A ty jesteś jej pierwszym sobowtórem urodzonym w V wieku i przemienionym w wampira przez czarownicę co czyni Cię lepszą od pierwotnych? Do tego masz zamiar iść do liceum do klasy Eleny i udawać jej martwą siostrę bliźniaczkę, której de facto nigdy nie było. -odparł Damon, który był chyba jeszcze bardziej pijany niż jego nowa znajoma.
-Wiesz co Damon? Jesteś porządnym człowiekiem, ups wampirem.-rzekła panna Pierce coraz bardziej zamroczona
-Chodźmy do mnie, bo inaczej zaraz padniesz i z najstarszej wampirzycy zostanie tylko trochę ciałka i to jakiego ciałka.-rozmarzył się szatyn wstając i podając dłoń brunetce. Ta złapała go trochę niepewnie i ruszyła w kierunku wyjścia z baru.
-Widzę że już pocieszyłeś się po nieudanej akcji z Eleną.-rzekł Stefano wchodząc do pokoju starszego brata i widząc jego i brunetkę razem w łóżku w samej bieliźnie.-Kathrine okazała się łatwiejsza co?-dodał ironicznie
-Nie jestem Kathrine a do tego wcale nie jestem łatwa. Rozpruwacz jak mniemam.-powiedziała wampirzyca wyskakując z posłania i przyciskając młodszego Salvator'a do ściany za szyję.-Mam na imię Mary i jeśli jeszcze raz mnie obrazisz to nie ręcze za siebie i za Twoje zdrowie. -Dodała łapiąc czyste ubrania z torby i wchodząc do łazienki. 
-Więc zaraz przyjdzie tutaj Elena i będe mogła ją poznać.-powiedziała po raz kolejny Panna Pierce-Boję się. Jeszcze nigdy nie spotkałam swojego sobowtóra twarzą w twarz.-dodała dużo ciszej. W tym momencie drzwi się otworzyły i do pomieszczenia weszły dwie kobiety. Kathrine i Elena.

-Może pójdziesz dzisiaj ze mną do szkoły na Maturalną Noc Żartów? Skoro masz udawać moją siostrę powinnaś wczuć się w towarzystwo. A i ja będę się lepiej czuć z doświadczonym wampirem u boku.-zaproponowała Elena gdy wieczorem zbierała się do wyjścia
-Z przyjemnością, jeżeli przedstawisz mi kogoś z rodu Bennett.-odpowiedziała Mary zakładając skórzaną kurtkę.-A i ja kieruję.-dodała otwierając drzwi.

Czekał na nią w sali gimnastycznej. Miał już wszystko z wyjątkiem sobowtóra. Wilkołaka, wiedźmę,blondynę, jej chłopaka  i Stefana.
W pewnej chwili drzwi otworzyły się i ujrzał dwie identyczne na pozór dziewczyny. Różnicę stanowił tylko sposób bycia. Pierwsza patrzyła prosto przed siebie z wysoko uniesioną głową i pewnością siebie emanującą na kilometr. Druga szła ostrożnie rozglądając się na wszystkie strony i gdy jej wzrok napotkał na swojej drodze Klausa zatrzymała się w pół kroku.
-Mary stój.-szepneła ciągnąc za rękę przodkinie. Ta w odpowiedzi uniosła wysoko brew i odwróciła się w kierunku ,,siostry bliźniaczki".
-O co chodzi?-spytała lekko zdenerwowana
-To Klaus.-odpowiedziała z narastającą w głosie paniką
-Aaa ten którego każdy ma się bać?-zadała kolejne pytanie wampirzyca, już po chwili otrzymała odpowiedź w postaci skinięcia głową.-Nie wydaje się taki straszny.-dodała już ciszej, jakby do siebie.
-Wybaczą panie że przerwę ale nie mamy czasu na takie sprawy.-rzekł wyżej wspomniany w ułamku sekundy podchodząc do sobowtórów.-Jestem ,,straszny" Klaus.-powiedział łapiąc starszą za ręke i całując jej wierzch
-Mary.-odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem
-A teraz przejdźmy do sedna sprawy.-Pierwotny zwrócił się do wszystkich.-Zawsze kiedy próbuję zrobić z wilkołaka mieszańca umiera podczas przemiany, paskudny widok.-Po tych słowach nadgryzł sobie nadgarstek i wepchnął go do ust Tyler'a który nie wiadomo kiedy znalazł się u jego boku. Po chwili skręcił wilkołakowi kark i powiedział-Wiedźmo ponieważ to ty namieszałaś podczas rytuału to ty masz znaleźć sposób by uratować mieszańce, dla dobra Tylera się pośpiesz. Teraz łap za księgi czarów i znikaj.
Bonnie i Matt zniknęli za drzwiami a Caroline zajęła się Tyler'em.
-Nastawię zegar. Jeśli za 20 minut Bonnie nie znajdzie rozwiązania Stefan zacznie się karmić. Krwią Eleny.-odezwał się znów Klaus hipnotyzując Salvatora-A teraz możecie usiąść.-dodał patrząc na sobowtóry
-Mam pytanie.-powiedziała Mary wstając i w wampirzym tępie podchodząc do pierwotnego.-Ta sztuczka z hipnozą działa na wampiry?-spytała unosząc jedną brew
-Jeśli jesteś pierwotnym to tak.-odpowiedział nieco zdziwiony jej odwagą
-Mogę?-rzekła patrząc na Klausa z lekkim wahaniem
-Proszę.-padła odpowiedź
-Idź do Eleny i zmień ją w wampira, teraz.-powiedziała Mary patrząc głęboko w oczy Stefana. Wyobraziła sobie przy tym hipnozę na człowieku. Po chwili młodszy brat Damon'a szedł powoli w kierunku panny Gilbert. Jednak w połowie drogi zatrzymał się i powiedział:
-Hipnoza przestała działać. Nie przemienie jej.
Zrezygnowana Mary popatrzyła na Klausa, który przyglądał się Stefanowi w milczeniu.
-Znasz jeszcze jakieś inne sztuczki pierwotnych?-spytała nie odrywając od niego wzroku. W odpowiedzi chłopak podszedł do niej i złapał za ręke.
Zobaczyła wioskę pełną wilkołaków. Poznała je po błyszczących srebrem oczach. Dzieci bawiły się w berka a dorośli jedli pieczonego dzika. Nagle obraz zamazał się i urwał. Wampirzyca otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Znów była w sali gimnastycznej.
-Jeśli trochę poćwiczysz to też tak będziesz mogła.-dotarł do niej głos pierwotnego. W odpowiedzi pokiwała głową i wróciła do Eleny.

-Czemu kazałaś mnie przemienić?-spytała córka Izabell szeptem gdy zegar ogłosił, że minęła już połowa czasu na znalezienie odpowiedzi na pytanie dręczące hybrydę.
-Nie sądziłam, że hipnoza zadziała więc powiedziałam pierwszą lepszą rzecz.-odpowiedziała Mary ponownie wstając. Zeszła z trybunów i skierowała się w stronę wyjścia z sali.
-A ty do kąd?-spytał Klaus pojawiając się przed sobowtórem z założonymi rękami na piersi
-Tam gdzie nie wieje tak nudą.-odpowiedziała przybierając taką samą pozę jak jej rozmówca
-Wracaj na trybuny.-rzekł pół wampir lekko zdenerwowany
-Nie.-padła krótka odpowiedź
-Wracaj na trybuny albo zabiję czarownicę.-zagroził zbliżając się do dziewczyny-Jeśli nie chcesz żeby zginęła lepiej się mnie słuchaj.
-Skąd wiesz, że jest mi potrzebna?-spytała wampirzyca unosząc lekko brwi
-Na przyszłość nie upijaj się tak z Salvatorem. Gadasz wtedy różne rzeczy o przysiędze także.-rzekł Niklaus już nieco spokojniej.

-Czas się skończył. Stefanie zabij Elenę.-powiedział pierwotny patrząc znacząco na Mary. Wiedziała, że nie może pomóc pannie Gilbert choćby tego naprawdę pragnęła.
-Nie.-odpowiedział wampir a jego twarz z upiorniała.
-Miłość silniejsza od hipnozy. Ciekawe.-rzekł Mikaelson-Ucisz to.-dodał przyciskając brata Damon'a do ściany-Ucisz uczucie do Eleny.-powtórzył
-Co zrobiłeś?-spytała Gilbertówna zwracając na siebie uwagę wszystkich
-Naprawiłem go.-odpowiedział pierwotny
-Mam rozwiązania.-zawołała Bonnie wbiegając na salę.-Krew sobowtóra.-oświadczyła  patrząc z wyczekiwaniem na Klausa
-Eleno.-Mikaelson zwrócił się do dziewczyny. Ta podeszła i podała mu swoją dłoń, którą wampir nadgryzł a krew wlał do prubówki.
-Stefanie pilnuj ich a ty wiedźmo chodź ze mną do Tylera.

-Mary możesz coś zrobić?
-Przepraszam, ale póki On ma Bennett muszę go słuchać.

-Jesteś wolna.-powiedział Niklaus, gdy zostali sami w sali gimnastycznej. Wszyscy zakładnicy zdążyli się już ewakuować się na odległości przynajmiej mili. Wszyscy z wyjątkiem Mary. Dziewczyna nie czuła palącej potrzeby uciekania przed pierwotnym, przecież była od niego starsza i szybsza.
-Wiem. Zawsze byłam.-odpowiedziała wstając i ludzkim tępem kierując się w stronę wyjścia. Usłyszała że chłopak idzie za nią więc zwolniła równając z nim krok.
-Nie mniej nadziei, że zacznę się Ciebie bać.-dodała uświadamiając sobie, że nie ma dokąd pójść
-Mam raczej nadzieję, że NIE będziesz się mnie bać. Wzbudzanie strachu we wszystkich istotach które spotkam może być po pewnym czasie nudne.-odpowiedział Pierwszy przebierając zamyśloną minę
-Dobranoc Nik.-rzekła dziewczyna odwracając się w stronę blondyna i uśmiechając delikatnie. W następnej chwili już jej nie było.
-Dobranoc Mary.-odpowiedział Niklaus w przestrzeń

-Z kim idziesz na bal?-spytała Elena gdy razem przemierzały ulice Mistic Falls
-Może to dziwnie zabrzmi ale z nikim.-odpowiedziała Mary przyglądając się wystawie z sukniami balowymi-To mój pierwszy bal od 30 lat.-dodała wchodząc do sklepu

Ubrana była w piękną suknię z czerwonym gorsetem i białym spodem okalanym małymi różyczkami. Włosy ułożyła w drobne fale spływające na ramiona. Oczy podkreśliła kredką a usta czerwoną szminką. Wyglądała pięknie. Kobieco acz niewinnie.

-Jak to sala zalana?-spytała Caroline po raz piąty-Nie będzie balu?-dodała z miną rozpieszczonego dziecka któremu odmówiono zabawki
-Przenosimy imprezę do mnie.-zaproponował Tyler uśmiechając się do swojej dziewczyny

-Wygląda podejrzanie.-szepnęła Mary do Kathrine, która podszywała się pod Elenę-To nie są zwykli ludzie ani wampiry raczej...
-Mieszańce takie jak ja.-usłyszała odpowiedź za plecami. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Niklausem
-To ty ich tutaj przyprowadziłeś prawda?-rzekła unosząc jedną brew
-Tak, ale oprócz mieszańców wyczuwam jeszcze jedną rzecz. Spisek. Co planujecie?-spytał Hybryda nie spuszczając wzroku z rozmówczyni
-Nie próbuj hipnozy, bo mam to.-odpowiedziała machając mu przed nosem branzoletką z werbeną.- Zmusili mnie abym to wzięła ze sobą.-dodała krzywiąc się nieznacznie
-Porozmawiajmy.-zaproponował Klaus kierując się w stronę domu. Jednak Mary przybrała sobie za cel pobliską ławkę i to na niej usiadła
-Nie mam zaproszenia.-wyjaśniła nie patrząc na blondyna

-Zabiję każdego kto będzie spiskować przeciwko mnie.-oznajmił siadając obok dziewczyny. Ta pokiwała tylko głową i powiedziała:
-I tak Ci nic nie powiem, bo niczego nie wiem. Myślisz, że ufają mi na tyle by podzielić się ze mną swoim niecnym planem, który i tak spali na panewce? Mogę Ci tylko obiecać, że nie mam w planach na razie nikogo zabić.
-Nie chcesz zabić pierwotnej hybrydy, która pozabijała tylu ludzi?-spytał ze zdziwieniem, które szybko zamaskował.
-Każdy z nas zabijał.-odpowiedziała nie patrząc na rozmówcę

Nie chciał tego, ale nie mógł ryzykować. Błyskawicznie wyciągnął z kieszeni strzykawkę pełną werbeny i spróbował wbić w nagie ramię wampirzycy. Ta okazała się jednak szybsza, złapała go za nadgarstek i wyrwała mu narzędzie wrzucając je do wody.

Odwróciła się twarzą do Klausa i nim zareagowała poczuła jego miękkie usta na swoich. Przymknęła powieki co okazało się błędem bo po chwili w jej sercu tkwił już magiczny sztylet. Wytrzeszczyła oczy a jej serce zwolniło. Mimo wszystko była starsza od pierwotnych i jej ciało reagowało inaczej na proch z białego dębu.

Wziął ją na ręce i zaniósł do swojego samochodu. Mimo wszystkich złych rzeczy jakie zrobił tego żałował najbardziej. Położył Mary na tylnim siedzeniu i ruszył w kierunku willi przygotując się na spotkanie z ojcem...

C.D. Nastąpi

sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział 2 -Koszykówka to nauka kochania bólu

Perspektywa Eveline:
Obudziłam się w jeszcze gorszym humorze niż zasnełam. Głowa wydawała mi się zbyt ciężka, by ją podnieść a skronie pulsowały tępym bólem. Dodatkowo moje wyczulone zmysły rejestrowały nawet najmniejszy hałas. Kto normalny o *tu spojrzałam na zegar stojący pod telewizorem* 19 bierze prysznic śpiewając rosyjskie piosenki?
-Rastsvetali iabloni i grushi,
Poplyli tumany nad rekoj.
Vykhodila na bereg Katyusha,
Na vysokij bereg na krutoj.
Vykhodila, pesniu zavodila
Pro stepnogo, sizogo orla,
Pro togo, kotorogo liubila,
Pro togo, chi pisma beregla.
Oj ty, pesnia, pesenka devichia,
Ty leti za iasnym solntsem vsled.
I bojtsu na dalnem pograniche
Ot Katyushi peredaj privet.
Pust on vspomnit devushku prostuiu,
Pust uslyshit, kak ona poet,
Pust on zemliu berezhet rodnuiu,
A liubov Katyusha sberezhet.*-brzmiał niski głos, który pomimo dzielącej nas odległości zdawał się wprawiać w ruch otaczające mnie powietrze. Na szczęście wraz z ostatnią wzrotką szum wody ucichł co oznaczać mogło tylko koniec kąpieli a co za tym idzie wybawienie dla moich uszu. Zanim zdążyłam się chodźby uśmiechnąć usłyszałam natarczywe pukanie do drzwi.
Perspektywa James'a:
Nie wiem dlaczego zgodziłem się pójść do tej dziewczyny. Bo byłem ciekawy? Chyba tak. Jak inaczej wyjaśnić to, że właśnie stoję przed mieszkaniem Cole'a i próbuję się dostać do środka, gdzie czeka na mnie chora nieznajoma? Mówiąc chora mam na myśli przeziębiona czy coś.
Wreszcie moje modlitwy zostały wysłuchane i drzwi otworzyły się delikatnie. Pojawiła się w nich blada twarz dziewczyny. Oczy miała jasno zielone, nos lekko zadarty a miodowe włosy strerczały na wszystkie strony. Ubrana była w niebieską, flanelową koszulę i dżinsy.
-Kim jesteś?-spytała lustrując mnie wzrokiem
-James Fisher.-odpowiedziałem uśmiechając się szeroko i wyciągając w jej stronę dłoń, którą uścisnęła z niebywałą siłą
-Eveline.-przedstawiła się wychodząc z mieszkania i stając naprzeciw mnie. Była całkiem wysoka, lecz stojąc tak blisko musiała zadrzeć lekko głowę by na mnie spojrzeć.
-Co tu robisz?-zadała kolejne pytanie
-Cole, to znaczy Twój opiekun czy jak go tam nazywasz poprosił bym przyszedł do Ciebie, bo i tak nie chciałem być na meczu. Mówił, że byłaś bardzo blada jak wychodził i nie chciał wyciągać Cię chorej z domu. Jak widzę miał rację. Marnie wyglądasz.-stwierdziłem patrząc prosto w jej śliczne oczy.
-Dzięki, nic mi nie jest.-odpowiedziała uśmiechając się delikatnie. Zapadła chwila ciszy, po czym Eveline nabrała gwałtownie powietrza a jej policzki nadeły się przybierając zielonkawy odcień. Dziewczyna wbiegła do mieszkania zostawiając mnie przed drzwiami. Nim zdążyłem się zdenerwować usłyszałem serię dziwnych odgłosów zza framugi. Przekroczyłem próg i pobiegłem do łazienki w której zapalone było światło.
Na miejscu zobaczyłem nastolatkę klęczącą przed muszlą klozetową i najzwyczajniej w świecie rzygającą. Pokonałem dzielącą nas odległość w dwóch krokach i kucnąłem tuż obok. Odgarnąłem jej jasne loki z twarzy i przytrzymałem za czoło. Po paru minutach  dziewczyna skończyła więc pomogłem jej wstać i dojść do umywalki. Blondynka nalała zimnej wody do kubeczka i przepłukała usta a potem umyła twarz. Gdy skończyła wziąłem ją na ręce i zaniosłem do salonu. W międzyczasie zauważyłem, że nie jest już zielona, tylko różowa ze zmęczenia. Położyłem Evi na kanapie i przykryłem kocem leżącym na fotelu. Upewniając się, że dziewczyna jest bezpieczna i ma pusty żołądek skierowałem swoje kroki do kuchni. Tam zaparzyłem melisse i wróciłem do blondynki.
-Wypij.-poleciłem kucając obok kanapy na której leżała. Dziewczyna wzieła mały łyczek napoju do ust po czym równie szybko wypluła napar prosto na moje włosy. Chciałem powiedzieć, że dopiero myłem głowę, ale zabrzmiałoby to chyba zbyt narcystycznie.
-Kurwa chcesz mnie otruć?-spytała wycierając usta o koc.
-A ty chcesz mnie wkurzyć? Jeśli nie to pij albo Cię do tego zmuszę.-Odpowiedziałem już lekko zdenerwowany.
-Nie mam zamiaru Cię słuchać a teraz branoc idę spać.-rzekła blondynka zamykając oczy
-Nie mam zamiaru się z Tobą bawić.-syknąłem tracąc cierpliwość
-Spójrzmy prawdzie w oczy nigdy nie zmusisz mnie do wypicia tego...czegoś.-powiedziała otwierając oczy i uważnie lustrując mnie ironicznym wzrokiem. W odpowiedzi złapałem ją w talii i posadziłem sobie na kolanach. Wolną ręką ścisnąłem lekko jej policzki a malinowe usta same się otworzyły. Złapałem do drugiej ręki kubek melissy i nim blondynka zdążyła zareagować wlałem jej do gardła jedną trzecią zawartości kubka. Gdy wreszcie ją puściłem i odstawiłem do poprzedniej pozycji Evi szepneła:
-To było chamskie laluniu.
****************************************************************************
*[Katiusza-Chór Aleksandrowa]
Pływały mgły nad rzeką,
Wychodziła na brzeg Kasieńka,
Na wysoki, stromy brzeg.
Wychodziła, pieśń wiodła
O stepowym, siwym orle,
O tym, którego kochała,
O tym, którego listy skarbiła.
Oj, ty piosnko, piosneczko dziewicza,
Ty leć za jasnym słońcem w ślad,
I żołnierzowi na dalekim pograniczu,
Od Kasieńki przekaż pozdrowienia.
Niech on wspomni prostą dzieweczkę,
Niech usłyszy, jak ona śpiewa,
Niech on ziemi strzeże ojczystej,
A miłość Kasieńki zachowa.-polskie tłumaczenie dla chętnych,

Rozdział 1-Koszykówka to nauka kochania bólu

Nazywam się Eveline. Mam 15 lat i mieszkam w Sierocińcu pod wezwaniem Świętej Marii Magdaleny gdzieś w Nowym Jorku. Nie podam dokładnego adresu, bo nikt nie szuka tego miejsca a jeśli nawet myśli, że szuka to trwa w wielkim błędzie. Jestem wysoką nastolatką o długich, kręconych włosach w odcieniu miodowo-złotym. Mam zielone oczy i bardzo jasną cerę. Mimo sporego wzrostu jestem drobna a moje rysy twarzy są bardzo delikatne. W niczym nie przypominam tutejszych dzieciaków, których wygląd odstrasza lalki (tak nazywamy bogate bachory). Wszyscy w sierocińcu uważają, że mam dobre geny a moi rodzice byli porządnymi ludźmi. Ja jednak myślę, że moja matka była zwykłą dzi... to znaczy prostytutką a ojciec ćpunem, bo kto inny skazałby dziecko na takie życie?
Właśnie wracaliśmy z boiska. Gdy przekroczyliśmy bramę domu dziecka każdy na nas patrzył. Nic w tym dziwnego  w końcu byliśmy kimś w rodzaju gwiazd. Tak, "Czerwone wilki'' z pewnością można było nazwać gwiazdami. Ubrana byłam w zwykłą, niebieską flanelową koszulę, dżinsy i czarne trampki nic szczególnego, nie wiem dlaczego większość spojrzeń kierowana była do mnie. W prawdzie jestem dziewczyną Jacob'a-lidera grupy, ale czy to oznacza, że każdy ma się na mnie patrzeć? Wyjaśnienie czekało na mnie u szczytu schodów. Pani dyrektor patrzyła na mnie ostrym wzrokiem, jednak z delikatnym uśmiechem błąkającym się po ustach jakby wiedziała coś czego ja nie wiem lub...
-Pamiętaj:masz miesiąc, inaczej spadasz.-szepnął mój chłopak przyciągając mnie do siebie i pomimo obecności nauczycielki namiętnie acz szybko całując. W odpowiedzi uśmiechnełam się szeroko i pobiegłam do opiekunki.
-Eveline mamy gościa. Czeka on wraz z Isabelle w moim gabinecie.-powiedziała spokojnie
-Co ta żmija tam robi?-syknełam a moje oczy stały się wężowymi szparkami.
-Pan Aldrich szuka córki w waszym wieku.-rzekła kobieta puszczając mimo uszu moją obelgę pod adresem ,,koleżanki". W odpowiedzi zaśmałam się cicho z nazwiska naszego gościa, bowiem brzmiało ono identycznie jak nazwisko Cole'a Aldrich'a- jednego z koszykarzy NBA.
Gdy dotarłyśmy do gabinetu a pani dyrektor otworzyła przedemną drzwi stanełam jak skamieniała. Bokiem do mnie siedział Cole! Tak ten koszykarz spod numeru 45. Zamrugałam kilkakrotnie i przekroczyłam próg przywołując na twarz lekko [no dobra bardzo] cyniczny uśmiech.
Mężczyzna zauważył mnie a jego oczy powiększyły się dwukrotnie.
-Isabelle możesz nas na chwilę zostawić?-spytał cicho nadal nie odrywając odemnie wzroku. Ta potulnie wyszła nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Prychnełam cicho co wyrwało z letargu pana Aldrich'a.
-Jak masz na imię dziecko?-spytał
-Eveline i nie jestem dzieckiem, mam już 15 lat.-odpowiedziałam układając usta w podkówkę co musiało wyglądać dziecinnie.
-Dobrze Eveline możesz poczekać na korytarzu?-zadał kolejne pytanie a ja bez słowa wyszłam trzaskając lekko drzwiami.
Po około 15 minutach dyrekcja zaprosiła mnie do środka radośnie ogłaszając, że mam nowego tatę. Uśmiechnełam się słodko i pobiegłam się spakować. Po kwadransie stałam już przed bramą i czekałam aż mój nowy opiekun znajdzie klucze do samochodu stojącego na parkingu. Już po chwili otworzył bagażnik i gestem ręki polecił mi schować do niego moją sportową torbę w której trzymałam całe moje piętnastoletnie życie.
Po kolejnych trzech kwadransach zajechaliśmy pod jeden z większych wieżowców w NY. Z trudem opanowałam zachwyt rosnący w mych oczach i upewniając się, że mam na twarzy maskę obojętności wyszłam z samochodu.
Cole wyjął moją torbę i ruszył w kierunku wejścia do budynku. Z ociąganiem ruszyłam za nim do windy. Mój nowy ,,tato" wcisnął guzik z numerem 100. Po chwili winda ruszyła a ja zachwiałam się niebezpiecznie i upadłabym gdybym w porę nie pochwyciła rączki. Po chwili byliśmy już pod mieszkaniem. Mężczyzna zdążył mi pokazać co gdzie jest i wytłumaczyć rozmieszczenie pomieszczeń w mieszkaniu. Przedstawiało się to mniej więcej tak:
Gdy wchodziło się do mieszkania znajdowało się w krótkim holu, który prowadził bezpośrednio do salonu. Tam za barem było wejście do kuchni a także do dwóch pokoi i łazienki. Cole wyjaśnił mi też, że przez jeden z pokoi (który pełnił rolę gabinetu) było przejście do jego sypialni, którą także zwiedziłam. Mój pokój był pierwszy z lewej strony.
Otworzyłam drzwi i weszłam do dużego pomieszczenia o fioletowych ścianach i dwóch dużych oknach przysłoniętych firankam. Po prawej stronie stało duże łóżko a zaraz obok niego drzwi do garderoby, która była po prostu dużą szafą w ścianie. Zdziwiło mnie, że ciuchy są w moim rozmiarze, bo niby jak? Przecież adoptowana zostałam 2 godziny temu! Postanowiłam zapytać o to później.
Na przeciwko łóżka było duże okno, które odpowiednio oświetlało pomieszczenie. Po lewej stronie znajdowało się drugie okno a zaraz obok dębowe biurko, biblioteczka z nowymi książkami i skórzany fotel. Rzuciłam torbę na łóżko i wyjrzałam przez okno. Był z niego widok na cały północny Manhattan skąpany teraz w blasku zachodzącego słońca.
Wyszłam z sypialni prosto do salonu a z niego skierowałam się do kuchni. Tam na krześle siedział Cole i czytał gazetę sportową. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
-Jak pokój?
-W porządku.-odpowiedziałam lakonicznie siadając na przeciw
-Wieczorem jest mecz, idziesz popatrzeć?-spytał przyglądając mi się uważnie. Chciałam odpowiedzieć, że niemam zamiaru nigdzie się z nim pokazywać, ale w porę ugryzłam się w język i odpowiedziałam twierdząco.
-To świetnie, o 19 bądź gotowa. A teraz muszę iść coś załatwić.-rzekł wybiegając z mieszkania. Miałam jeszcze dwie godziny, więc z uśmiechem rzuciłam się na kanapę w salonie i zasnełam...

Prolog- Koszykówka to nauka kochania bólu.

Przypadkowe spotkanie może zmienić życie wielu ludzi. Szczególnie, gdy biorą w nim udział dawni kochankowie, dwa światy, ogień i lód.
On jeden z najlepszych koszykarzy świata. Ambitny nie tylko na boisku, ale też i w życiu prywatnym.
Ona zwykła ćpunka, której jedyną miłością są prochy. Nie znająca pojęć: rodzina i dom.
Co jeśli pojawi się ktoś, kto ich łączy a jego imieniem nie jest ,,seks"?
Ktoś kto jest za młody, by zrozumieć jednak na tyle dorosły, by nienawidzieć?
Ktoś kogo życie kopneło w tyłek już na samym początku ziemskiej wędrówki?
Ktoś kto...nie pasuje do sierocińca w którym się wychował?

Rozdział 3-Lodowe serce

Stała naprzeciwko. Ta sama kobieta, która uratowała mnie i pozwoliła zginąć mojej matce.
-Dlaczego?-spytałam niemal że szeptem-Dlaczego pozwoliłaś jej zginąć?-dodałam widząc jej pytające spojrzenie
-Bo nigdy nie wybaczyłaby mi Twojej śmierci. Matka nie powinna chować swojego dziecka, to smutny przywilej dziecka, by pogrzebać rodziców.-rzekła nieodrywając odemnie wzroku. Toczyłyśmy niemą walkę na spojrzenia, którą po kilku minutach przegrałam.
-Usiądź to wszystkiego się dowiesz.-powiedziała gdy spuściłam wzrok. Usiadłam obok niej przeklinając w duchu, że nie mam przy sobie różdżki.
-Charlotte była córką Charlus'a Potter'a i jego kochanki Minewry. Zaraz po urodzeniu trafiła do domu ojca, bo jej matka umarła przy porodzie. U Potter'ów miała okropne życie, bo była po prostu problemem. Odkąd pamiętam kłuciła się ze swoim przyrodnim bratem-James'em. Do Hogwartu trafiła o rok później niż on a tiara przydzieliła ją do Slytherin'u. Właśnie w ten sposób się poznałyśmy. Byłyśmy razem w dormitorium z jeszcze jedną dziewczyną-Narcyzą. Tworzyłyśmy zgrane trio. Po Hogwarcie każda poszła w swoją stronę, jednak wszystkie popierałyśmy Czarnego Pana. Charlotte zakochała się w Syriuszu Black'u moim kuzynie-tu wskazała na podobiznę mężczyzny połączoną z moją mamą-zresztą z wzajmnością. Syriusz był najlepszym przyjacielem James'a, który nie popierał tego związku. Pokłucili się tak, że Potter nie przyszedł nawet na ślub Twoich rodziców. Pół roku po ślubie urodzili się Fred i George. Gdy mieli rok Charlotte była znowu w ciąży, tym razem z tobą. Czuła, że stanie się coś złego więc upozorowała śmierć biźniaków a tak naprawdę ukryła ich u Weasley'ów. Z tobą zaś ukryła się we Francji. Dopiero zeszłego lata udało mi się odszukać twoich braci i sprowadzić do Black Manor, gdzie obecnie jesteśmy. Szukałam także was, ale nie udało mi się. Dopiero wczoraj, gdy Charlotte wysłała mi wiadomość mrocznym znakiem zdołałam was namierzyć, jednak za późno za co Cię przepraszam.-zakończyła tą smutną historię-Oczywiście możesz odejść, nikt Cię tu nie trzyma siłą.-dodała patrząc na mnie wyczekująco
-A mogę zostać?-spytałam lekko zawstydzona, bo przecież nie często proszę o dach nad głową osobę, której nie znam i która jest w dodatku moją ciotką.
-Oczywiście Camile. Nawet przygotowaliśmy się na taką ewentualność. Pokój w którym się...obudziłaś jest twój.-rzekła ciocia uśmiechając się szeroko. W niczym nie przypominała już tej poważnej damy z którą rozmawiałam
-Dziękuję.-powiedziałam tylko po czym pobiegłam do pokoju. Tym razem postanowiłam się mu lepiej przyjrzeć. Dwie przeciwległe ściany były bordowe a pozostałe [dwie] purpurowe. Sufit był śnieżno-biały tak samo jak toaletka stojąca obok wielkiego, drewnianego łóżka z baldachimem. Dodatkowo były dwa duże okna i drzwi balkonowe. Z sufitu zwisał mały żyrandol, który pomimo swej wielkości musiał dawać dużo światła *przypuszczam tak, bo jest CHYBA dzień*. Naprzeciw posłania były drzwi do łazienki i na korytarz. Mahoniowe panele pozostały nagie idealnie dopełniając wnętrze.
-Wow.-zdołałam wykrztusić po dokładnych oględzinach pomieszczenia
Wyjrzałam przez okno i wprost oślepiło mnie jasne światło słoneczne. Już miałam wyjść z MOJEGO pokoju, gdy przypomniałam Sobie o różdżce schowanej w szufladzie szafki.  Szybko podbiegłam do mebla i otworzyłam odpowiednią przegródkę. Wyjełam mój ,,magiczny patyk" i schowałam do tylniej kieszeni spodni przykrywając ośrodek mocy koszulą. Wybiegłam z pokoju i skierowałam się do wyjścia na zewnątrz.
-Dokąd to się wybierasz młoda damo?-spytała ciotka patrząc na mnie spod przymrużonych powiek
-Na spacer. Muszę TO przemyśleć.-odpowiedziałam szybko akcentując powód mojej małej wycieczki
-Tylko wróć za godzinę na obiad.-rzekła kobieta przepuszczając mnie w drzwiach. Mruknęłam że spróbuje się nie spóźnić i przekroczyłam próg domu.
Wyszłam przed dom i skręciłam w prawo. Szłam wzdłuż parku oglądając się na wszystkie strony. I wtedy go zobaczyłam. Wielki, ognisty ptak leciał prosto do mego domu. Odwróciłam się, by lepiej mu się przyjrzeć gdy ktoś na mnie wpadł. Poleciałam w bok i wylądowałam obok sprawcy tego małego wypadku.
Podniosłam wzrok i moje oczy ujrzały wysokiego i szczupłego chłopca o krótkich blond, niemalże białych włosach.
Miał bladą cerę, ostre rysy twarzy oraz platynowoniebieskie oczy w których można było utonąć. Ubrany był w czarną koszulkę polo, tego samego koloru dżinsy i bałe adidasy. Prezentował się jak prawdziwy arystokrata, dumny i wyniosły.
-Uważaj jak chodzisz.-warknął nawet na mnie nie spoglądając.
-Sam uważaj.-odpowiedziałam podobnym tonem co widać go zdziwiło, bo mięśnie na jego twarzy widocznie się napieły. Spojrzał na mnie i po chwili się rozluźnił
-Powinnaś bardziej panować nad swoją mocą.-rzekł uśmiechając się delikatnie
-Nie wiem o co Ci chodzi.-powiedziałam zmieszana jego nagłą zmianą nastawienia
-Twoje włosy są teraz kasztanowe, nie atramentowe jak przed chwilą.-odpowiedział nachylając się nademną i łapiąc w palce kosmyk moich włosów. Miał rację, moje zazwyczaj czarne fale nabrały hebanowej barwy i skręciły się jeszcze bardziej.
-Nie wiem o czym mówisz.-rzekłam wstając i otrzepując się z ziemi. Chciałam jak najszybciej odejść i rozwiązać zagadkę tej niespodziewanej zmiany. Nim zrobiłam jeden krok poczułam na nadgarstku lekki uścisk. Odwróciłam się i znów zobaczyłam te stalowe tęczówki.
-Nie widziałem Cię nigdy w Hogwarcie więc musisz być z innej szkoły. Beauxbatons?-spytał a mnie zamurowało. Wiedział że jestem czarownicą i sam nie był mugolem. Widać uznał moje milczenie za potwierdzenie tych słów bo uśmiechnął się szeroko i chwycił moją dłoń.
-Nazywam się Draco Malfoy.-rzekł całując miejsce gdzie nasze ciała się stykały [moją dłoń].
-Camile Black.-odpowiedziałam z takim samym uśmiechem.
-Może dasz się zaprosić na mrożoną kawę?-spytał uważnie mi się przyglądając
-Na kawę nie, ale na kakao z miłą chęcią.-powiedziałam nie przestając się uśmiechać. Pomino wcześniejszej nieuprzejmości polubiłam tego blondwłosego czarodzieja.

Rozdział 2-Lodowe serce

Wysoka piękność szła pewnym siebie krokiem. Ubrana była w wystawną, czarną suknię, która ciągła się za właścicielką niczym wąż. Atramentowe włosy powiewały na wietrze nadajnąc kobiecie nieco mroczny charakter. Niewątpliwie przyciągała uwagę wielu mężczyzn, jednak żadnego nie zaszczyciła nawet krótkim spojrzeniem czarnych oczu. Nie chodziło tu o to, że szatynka jest mężatką. W każdej chwili mogłaby zdradzić Rudolf'a bez chodźby mrugnięcia pełnym szaleństwa i pasji okiem. Nie robiła tego jednak trwając w przekonaniu, że żaden przedstawiciel płci przeciwnej nie zasługuje by odkryć jej kobiece wdzięki.
Staneła przed wielkimi, drewnianymi drzwiami i bez pukania otworzyła je. W chwili gdy przekroczyła próg Malfoy Manor zmaterializowała się przed nią skrzatka. Ukłoniła się dotykając nosem idealnie wypolerowanej posadzki i przemówiła nieco skrzeczącym głosem:
-Państwo już czekają na Madame w salonie.
Kobieta nic nie odpowiedziała, tylko ruszyła za służącą do pokoju dziennego. Na szarych, skórzanych fotelach siedzieli Lucjusz i Narcyza. Mężczyzna przywitał się z nowo przybyłą skinięciem głowy, zaś jego małżonka pozwoliła sobie na bardziej wylewne powitanie. Z gracją wstała z miejsca i przytuliła przyjaciółkę szepcząc ,,Musimy porozmawiać." i trochę głośniej dodając ,,Miło Cię widzieć." Po tych słowach obie panie zajeły meble naprzeciw siebie. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. W końcu Pani Malfoy przerwała zaległą w pomieszczeniu ciszę.
-Bellatrix jaki jest powód Twojej wizyty?-zadała nurtujące ją od otrzymania listu pytanie.
-A czy nie mogę odwiedzić was bez powodu? Zawsze muszę mieć do was sprawę?-prychneła Bella
-Tak.
-Nie.-Odpowiedziało małżeństwo w tym samym momencie.
-Naprawdę wielkie dzięki Lucjuszu.-zwróciła się do mężczyzny, bo to on udzielił twierdzącej odpowiedzi-Koniec żartów, lepiej przejdźmy do konkretów. Jest może Dracon w domu?-powiedziała tym razem urzędowym głosem
Narcyza przełknęła rosnącą gulę w gardle i udzieliła przeczącej odpowiedzi siląc się na spokojny ton.
-To dobrze. Czy was syn wybrał już narzeczoną?-spytała Bella modląc się [?] w duchu, by jej przypuszczenia się nie sprawdziły.
-Nie, ale ma jeszcze dużo czasu do świąt.-znów odpowiedziała Narcyza.
-Dlaczego pytasz Bellatrix?-wtrącił się tym razem ojciec Dracon'a.
-Bo mam dla was idealną kandydatkę-rzekła Madame uśmiechając się szeroko. Wiedziała, że wygrała już tą bitwę.
-Kogo?-odpowiedziało zgodnie małżeństwo.
-Camile Black.-padła odpowiedź
-Jak to Black? Przecież ten ród już wyginął nie licząc...-odezwał się Lucjusz jednak przerwał uświadamiając sobie o kogo chodzi.
-Syriusza mojego pożal się Merlinie kuzyna. Tak Camile to jego córka.-potwierdziła Bella uśmiechając się jeszcze szerzej.
-Nie zgadzam się. Skoro to jego córka to musi być w Gryffindor'rze i przyjaźnić się z Potter'em.-ryknął pan domu gwałtownie wstając
-Spokojnie Lucjuszu Camile o niczym nie wie. Wychowała się we Francji i nie zna swoich koligacji rodzinnych. Wie tylko, że jej matka nazywała się Charlotte a ojciec Syriusz. I tyle.-wytłumaczyła z niespotykaną u niej cierpliwością szatynka.
-Dobrze przyprowadź ją pod koniec wakacji do nas. Wtedy wraz z Dracon'em podejmiemy decyzję.-powiedział już dużo spokojniej blondyn
No tych słowach Bellatrix wstała i ruszyła w kierunku drzwi. Zaraz za nią podążyła Narcyza. Obie kobiety zatrzymały się tuż przed progiem i popatrzyły na siebie.
-Wiesz, że teraz wszystko wyjdzie na jaw?-spytała Pani Malfoy. Madame w odpowiedzi skineła głową. Już po chwili kobiety splotły swe ramiona w przyjacielskim uścisku. Bella wyszeptała tylko:
-Ma jej oczy.-po czym przekroczyła próg i z cichym trzaskiem aportowała się do Francji.

Rozdział 1-Lodowe serce

Był ostatni dzień czerwca-uroczyste zakończenie roku szkolnego. Razem z mamą wracałyśmy do naszego domu we Francji. Ja jako absolwentka czwartej klasy a ona jako nauczycielka, która odpocznie od uczennic przez dwa miesiące.
Jak zwykle poruszałyśmy się wozem zaprzężonym w dwa śnieżno-białe pegazy. Część drogi przespałam, budząc się dopiero niedaleko góry Grande Rousse Nord. Choć wiedziałam, że te tereny zamieszkują Górskie trole mama zapewniła mnie, że utrzymują one przyjazne stosunki z ministerstwem.
Poczuła się mniej pewnie, gdy nasz powóz zatrząsł się niebezpiecznie a my zleciałyśmy z wygodnych siedzeń. Mama kazała mi zostać w tej pozycji a sama wstała z różdżką w pogotowiu i wyjrzała przez okno. Nie wiem co tam ujrzała, ale bardzo się przestraszyła i skoczyła na miejsce obok mnie.
-Górskie trole nas atakują. Zbuntowały się przeciw ministerstwu, bo te nie wywiązało się z umowy. Musimy uciekać.-powiedziała odsłaniając lewe ramię na którym zobaczyłam szarą czaszkę połączoną z wężem. Mimo woli się wzdrygnełam.
Mama przyłożyła różdżkę do tatuażu po czym ten gwałtownie pociemniał przybierając atramentowy kolor. Zdążyłam ujrzeć krótki grymas na twarzy rodzicielki po czym obok nas aportowała się wysoka kobieta. Czarne włosy kręciły się już na czupku głowy przez co optycznie podwajały swą ilość. Bystre oczy przypominały dwa węgielki a czerwone usta zamarły w przerażeniu. Była równie piękna co straszna, jednak w tym momencie to ona się bała.
-Bello zabierz ją.-rzekła mama do nowo przybyłej
-A ty Lott.?-spytała szatynka łapiąc mnie za ramię
-Skrytka 957 kluczem jest wiedza o miłości.-zwróciła się do mnie mama-Pamiętaj 957 wiedza o miłości.-powtórzyła po czym jej oczy straciły swój dawny blask a serce z pewnością zaprzestało swej pracy. Chciałam krzyczeć, przeklinać cały świat, lecz nim z mojego gardła wydarł się chodźby jęk razem z ,,Bellą" teleportowałyśmy się.
Obudziłam się z krzykiem na ustach. Otworzyłam oczy pewna, że to był tylko sen, jednak gdy znalazłam się w zupełnie nie znanym mi miejscu moja pewność znikła. Nie był to ani mój pokój w Paryżu ani sypialnia w francuskiej szkole magii. Zanim zdążyłam obejrzeć pomieszczenie obok mnie teleportowali się dwaj nastolatkowie. Obaj mieli czarne włosy i niebieskie oczy, które wydały mi się znajome. Byli bardzo wysocy i chudzi, wspomniałam że byli bliźniakami?
-Cześć Cami!-zawołali w tym samym momencie
-Kim jesteście?-spytałam mężnie rozglądając się kątem oka za różdżką.
-Fred.-powiedział ten stojący po prawej.
-George.-rzekł drugi bliźniak.
-Black.-dodali razem na co się delikatnie uśmiechnełam
-Twoja różdżka leży w drugiej szufladzie od góry.-powiedział Fred łapiąc moje spojrzenie, w odpowiedzi pokiwałam głową. Nie mogłam rzucić się teraz po mój ,,magiczny patyk" bo utwierdziłoby to chłopaków w przekonaniu że się ich boję a ja nie mogłam pozwolić sobie na strach.
-Gdzie jesteśmy?-zadałam kolejne pytanie w myślach wypowiadając formułkę zaklęcia tarczy.
-W naszym mieszkaniu w Londynie.-odpowiedział George patrząc nerwowo na zegarek, który przypięty był do jego lewego nadgarstka.
-Jak to w Londynie?-spytałam-Co z moją mamą?-dodałam szybko
-Za dziesięć minut wróci ciocia, więc wszystko Ci wyjaśni. W szafie masz ciuchy, jak się ubierzesz zejdź do salonu.-odezwał się po chwili Fred po czym wraz z bratem teleportowali się.
Niepewnie wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wybrałam czerwoną koszulę w kratkę z podwijanymi rękawami, białą bluzkę z owieczką, czarne rurki i tego samego koloru trampki, do tego oczywiście bieliznę. Instynktownie otworzyłam pierwsze drzwi po lewej i trafiłam do łazienki. Zrezygnowałam z prysznicu, bo byłam czysta i tylko się przebrałam. Umyłam zęby szczoteczką przy której znalazłam kartkę o treści:
,,Mamy nadzieję, że lubisz niebieskie szczoteczki do mycia zębów /F&G "
Rozczesałam moje długie do pupy atramentowe włosy i zeszłam do salonu.
Było to duże, wysokie pomieszczenie na parterze. Ściany były oliwkowo-zielone i pokryte były wielkim drzewem genealogicznym zaczynającym się pod sufitem na ścianie z kominkiem i obejmującym ściany do niego przyległe. Wchodząc do salonu właśnie ten element przykuwał uwagę.  W oknach wisiały długie, omszałe, aksamitne zasłony, również w kolorze zielonym, zaś podłogę pokrywał nowy, brązowy dywan. Po obu stronach kominka stały oszklone serwantki, pełne wielu drogocennych przedmiotów, w rogu pomieszczenia znajdował się stary sekretarzyk a naprzeciwko niego wiekowy fortepian. W centralnej części pokoju rozmieszczone były dwie kanapy i tyle samo foteli w kolorze świerzego popiołu.
Najbardziej zaciekawiło mnie drzewo genealogiczne. Podeszłam bliżej i na wysokości około dwóch metrów dojrzałam podobiznę mojej mamy z dopisem "Charlotte Minewra Potter" i połączoną z nią złotą linią podobiznę mężczyzny, który tak jak ja miał czarne włosy. Przypominał on bardzo Fred'a i George'a z tą różnicą, że jego oczy były szare. Podpisany był jako ,,Syriusz Black III". On nich pojedyńcza linia biegła do: ,,Fred Orion Black"  ,,George Regulus Black" i ,,Camile Andromeda Black" wraz z naszymi portretami. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego bliźniacy wydali mi się znajomi. Codziennie gdy patrzę w lustro widzę te same niebieskie oczy, atramentowe włosy i nieco szalony uśmiech.
-Jesteśmy rodzeństwem...

Prolog-Lodowe serce

Zwykły świat.
Zwykła szkoła.
Zwykła dziewczyna ze zwykłymi problemami.
Jednak to nie jest zwykła historia.
Świat czarodziejów nie jest zwykły.
Hogwart nie jest zwykłą szkołą.
Camile nie jest zwykłą dziewczyną a jej problemy są tak wyjątkowe jak ona sama.
Miłość.
Przyjaźń.
Rodzina.
Zdrada.
Nienawiść.
A co jeśli do tego powróci Czarny Pan?
Co jeśli zainteresuje się kimś innym niż Złoty Chłopiec? Kimś, kto zapewni mu posłuszność zarówno Arystokratycznych Rodów Czarodzieji jak i zwykłych, brudnych szlam?
A co jeśli tym kimś jest osoba, która nagle dowiaduje się że jej całe życie było kłamstwem?
Czarny Pan wie, że będzie mógł kierować tą osobą jak szmacianą lalką, dlatego nadchodzi...